They seem to make lots of good flash cms templates that has animation and sound.

[ Pobierz całość w formacie PDF ]

sprawił nam kamień w Pareżkach, ostrożnie odgarnąłem piasek rękoma. Na dnie wykopu
ukazała się zardzewiała rękojeść.
- Co my tu mamy? - sięgnąłem po nią już bez obaw i wyciągnąłem na wierzch.
Pomimo zeskorupiałego piasku i rdzy stwierdziłem, że trzymam w ręku całkiem dobrze
zachowany rosyjski pistolet  TT . Używaną przez nasze wojsko i milicję bodajże do lat
siedemdziesiątych  tetetkę . Sam kiedyś z niej strzelałem. Niestety stan tej nie zachęcał
raczej do naciśnięcia na spust. Nie miałem ochoty utracić dłoni. No, ale coś znalazłem i to nie
byle co! - rześko ruszyłem dalej poprzedzany przez czujnik  Prospectora . Niestety, na
 tetetce moje odkrycia tego dnia się skończyły. Połaziłem jeszcze z pół godziny po lesie, ale
wykrywacz milczał jak zaklęty. Wróciłem do leśniczówki. Byli tam już moi rywale od
Tłuścioszka. Znalezli lufę i zamek niemieckiego karabinu maszynowego spandau i skorupę
rosyjskiego granatu zaczepnego, tak zwanej  cytrynki , na szczęście bez zapalnika i pustą.
Oceniający nasze znaleziska Gensche, biorąc pod uwagę bardzo dobry stan mej
 tetetki i to, że była kompletna, ogłosił mnie zwycięzcą.
- No to teraz do Górowa. Trzeba uczcić pański sukces - zaśmiał się patrząc na mnie
spod oka.
 A patrz sobie, patrz! - pomyślałem. - I tak zaraz pojadę za tobą. Nawet nie zdążysz
ruszyć paluszkiem przy bunkrze!
- Cóż - uśmiechnąłem się do niego jak najuprzejmiej - muszę tu jeszcze zaczekać na
moją... - zawahałem się - siostrzenicę. Gdzieś zawieruszyła się zawieruszyła się z panią
Zubajewą. Proszę jechać. Dogonię pana.
Gensche wydał mi się bardzo ucieszony tym, że jeszcze zostaję przy leśniczówce, ale
nie zwróciłem na to specjalnej uwagi, zły na Zośkę i Irinę. Gdzie to pałętają się po lesie? Dam
ja Zosi Bursztynowa Komnatę, że nawet na widok kropli żywicy czkawki będzie dostawać!
Dopiero teraz zwróciłem uwagę, że przecież nie ma i Rzeckiego. Ale nie zdążyłem się
rozzłościć na niego, gdy wyszedł zzu płotu ze swą słynną skrzyneczką w ręku.
- No i co? - zapytałem w miarę uprzejmie.
- Niestety nic - usiadł na ławce i, jak to w jego zwyczaju, pogładził brodę. - To znaczy
kryje się tu gdzieniegdzie jakieś żelastwo w starych okopach i, co przykrzejsze, nie
pogrzebane jak Pan Bóg przykazał, szczątki ludzkie... o, dużo ich, za dużo...
- Może po powrocie do Warszawy uda mi się zorganizować tu ekshumację?
Oczywiście pod pańskim kierunkiem.
- Panie Pawle - uśmiechnął się smutnie - komu się zechce przekopywać taki szmat
lasu i kto za to zapłaci? - pokręcił głową. - A wie pan, jakie było moje najsmutniejsze
znalezisko?
- Słucham?
- Natrafiłem na sosnę, wiekową, oplecioną wrosłym już pod korę łańcuchem, u
którego zwieszały się szczątki dwóch uzd, a w nich czaszki końskie... Ktoś, a było to zapewne
w 1945 roku, przywiązał parę koni do drzewa i odszedł od nich, i zginął... Konie męczyły się
nie zauważone przez nikogo, bo sądzę, że wtedy rósł wokół gęsty zagajnik... męczyły się, aż
zdechły z głodu...
- Panie Onufry! Przecież wtedy tylu ludzi...
- Panie Pawle - przerwał mi - jedni ludzie drugim ludziom, a przy następnej okazji ci
drudzy tym pierwszym. Ale co tu winne zwierzęta?
Opuściłem wzrok pod pociemniałym nagle spojrzeniem jego tak zawsze pogodnych
błękitnych oczu.
W milczeniu obracałem fajkę w dłoni. Rzecki układał cicho swój sprzęt w
skrzyneczce.
- Ojej - usłyszałem wołanie Zośki - to panowie czekają na mnie. - A myśmy z Iriną...
- A wyście nic nie znalazły - zaśmiałem się.
Powracał dobry humor.
- Jakże my mogły znalezć - śpiewnie odezwała się Irina - kiedy taki sławny
poszukiwacz jak pan wszystkie skarby z lasu wykopał? - uśmiechnęła się, pakując torbę z
 Midasem do bagażnika golfa.
 Piękna kobieta - pomyślałem - tylko trochę za dużo niewiadomych: ma supersprzęt
eksploratorski, a posługuje się nim byle zbyć. Czyżby nie natrafiła jeszcze na miejsce, gdzie
go ma właściwie użyć? I ta modlitwa pod ukraińskim krzyżem?
- Jedziemy? - machnęła nam ręką piękna Rosjanka.
- Już! - odmachała jej młodziutka Polka, której też niczego nie brakowało.
- Zosiu - zapytałem, gdy szliśmy do Rosynanta - czy rozmawiałaś z Iriną na temat
naszego tu przyjazdu? No, kim jesteśmy, po co...
- Też! - nadęła się jak balonik. - Czyż nie jestem siostrzenicą Pana Samochodzika?!
- Hi! Hi! - zachichotał, ale z pewnym szacunkiem pan Onufry.
- Dobra, przepraszam! - podniosłem ręce. - Ale tu jesteś moją siostrzenicą. Jasne?
- Jasne! - rozpogodziła się Zośka.
Wsiedliśmy, uruchomiłem silnik i już miałem wrzucać bieg, by ruszyć za znikającym
za zakrętem golfem Iriny, gdy rzuciłem okiem na deskę rozdzielczą...
- A żeby! - wrzasnąłem błyskawicznie wyłączając silnik.
Wskazówka jednego z (jak to nazwał pan Tomasz) amerykańskich bajerów, czyli
wskaznika gęstości paliwa, stała na czerwonym polu.
- Co się stało? - poderwali się Rzecki i Zośka.
- Mamy cukier w paliwie - wycedziłem przez zęby. - I daję sobie głowę uciąć, że
nasypany ręką Genschego!
- Cukier? A czym to grozi? - zaniepokoił się radiesteta.
- W najlepszym wypadku zapieczeniem wtryskiwaczy paliwa, w najgorszym
zatarciem silnika.
- O rany! - jęknęła  siostrzenica .
- Ech! - westchnąłem. - %7łeby był tu Zyga ze swym maluchem albo Okoński z [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • mexxo.keep.pl