They seem to make lots of good flash cms templates that has animation and sound.

[ Pobierz całość w formacie PDF ]

tej brody przed wjazdem do grodu? Balwierza znajdziem w byle miasteczku.
Toć nie miło żyda czy poganina udawać?...
- Zlubowałem, że z tą brodą ostanę do śmierci - odparł krótko były
jeniec.
- Przeciw ślubowi nie można nic rzec. A listy do rodziny już posłałeś?
- Nie posiadam żadnej rodziny.
Jechali chwilę w milczeniu. Nagle Wilczek podjął pierwszy:
- Czy nie wiadomo, gdzie jest obecnie rotmistrz Chrzanowski?
- We Lwowie nam to niechybnie powiedzą. Pewnikiem mianowano go
komendantem któregoś z zameczków, bo sztukę fortyfikacji zna i artylerzystą
jest przednim.
- Zaraz ze Lwowa pojadę go szukać, by Tatara co rychlej odstawić.
- Nie chcesz waść przedtem obaczyć miłościwego pana?! - wykrzyknął
strażnik ze zdumieniem.
- Jeśli Bóg da, może go zobaczę, kiedy indziej. Ninie uważam, za
najpilniejsze Tatara znalezć i odwiezć.
- Nie będziesz go przecież waszmość sam odwoził! Wystarczy my glejt pana
Chrzanowskiego, koń i parę talarów na drogę!
Wilczek nic nie odpowiedział i pan Bidzyński pomyślał z przykrością, że
trudno odmówić słuszności ostrożnemu podczaszemu.
- Toś waść dziesięć lat w niewoli przebył? - zagadnął znowu.
- Tak jest. Wzięli mnie w małej, granicznej potyczce (bo całe wojsko
koronne biło się wtedy, jak waść pomnisz, między sobą - regaliści z
lubomirszczakami), wojny z Turcją wcale nie było. Zwykłe graniczne harce.
Ale koń się ze mną stoczył do jasyru i całkiem ogłuszył. Ocknąłem się już w
pętach.
- Sroga rzecz niewola - zauważył strażnik.
Wilczkowi twarz się skurczyła pod gęstym zarostem.
- Piekło - warknął - piekło, piekło...
- A jak się stało, żeś się waść nie starał wykupić za pośrednictwem braci
zakonnych, którzy się miłosiernie temu dziełu oddali?
- Siedem lat przebyłem w Azji MNiejszej, za Niceą, w głuszy, dokąd żaden
zakonnik nigdy nie zachodził. Dopiero trzy lata temu poprzedni mój
właściciel sprzedał mnie kupcowi, który się przeniósł do Europy...
- Przez te trzy lata za to musiała nieraz zdarzyć się okazja?
- Może i była - mruknął Wilczek - ale ja wracać nie mogłem...
Znów chwilę jechali w milczeniu. Wyschnięta ziemia stukała pod kopytami
końskimi jak skała. Czoło Wilczka, jedyna jasna płaszczyzna pokrytej
zarostem twarzy, sfałdowało się w szczególnym, bolesnym napięciu.
- Nie mogłem wrócić! - wybuchnął nagle - i teraz nie powinienem był
wracać! Nie powinienem był mówić wam, że się nazywam Wilczek! Ja się
wcale
nie nazywam Wilczek! Znałem tylko Wilczka z Sokołemy, niegdyś... On nie
żyje... Zabił się przy mnie... Ja nie pamiętam, jak się nazywam... Ja sobie
powoli przypomnę... Ja nie powinienem był wrócić!
`tc
CRozdział Viii:
Kiedy Amor
`tc
Gdy pan Filip Słotyło podjeżdżał do Lwowa, miasto pełne było odgłosów
grożącej nawały. Przed kilku dniami komisarze królewscy, przebywający u
sułtana, wpadli do grodu samotrzeć, nie widzieli się z nikim prócz z
komendantem, panem Eliaszem Aąckim, zmienili konie i pognalki dalej do
króla. Ci, co ich widzieli, mówili, że opaleni jak Murzyni. ...Już też z
nie dobrą wieścią pędzili w ten sposób - domyślali się rozważniejsi. -
Turek na granicy widno następuje... Dałby Bóg, żeby król przybył jak
najprędzej...
Tak mówiono na ulicach przepełnionych tłumem. Miasto samo przez się było
ludne, a więcej niż dwa razy tyle ludzi przybyło w ostatnich tygodniach.
Jedni cofali się od granicy wschodniej i południowej, uciekając przed
nieprzyjacielem; inni, znacznie niestety mniej liczni, przybyli owszem z
zachodu, by bronić rubieży. Tych komendant Aącki odsyłał do wojska
stojącego pod miastem. Niewiele go było: parę chorągwi pancernych, trzy
gradońskie i tyleż kozackich. Wszystkiego razem z piechtą węgierską,
niecałe cztery tysiące ludzi. A o Turkach powiadano, że ich idzie paręste
tysięcy!...
W gospodach i zajazdach panowało przepełnienie. %7ływność podrożała
wielokrotnie. W nabitych ludzmi kościołach odprawiały się nieustannie
nabożeństwa o odwrócenie klęski. Wspominając, jak przed laty błogosławiony
Jan z Dukli wstrzymał cudownie straszliwą kozacką nawałę, błagano Boga, by
znów okazał miłosierdzie nad grodem. Mieszkańcy licznych i bogatych
przedmieść lwowskich przenosili się z całym dobytkiem do miasta za osłonę
murów, a że w mieście za żadne pieniądze nie znalazłbyś już wolnej kwatery,
koczowali wprost na ulicy, zatarasowując przejście stłoczoną żywiną.
Przemyślni grodzcy złodziejaszkowie usiłowali wykradać świnie lub gęsi i
wieczorną ciszę przerywał raz po raz wrzask poszkodowanego, gęgoty ptasie
lub kwiczenie trzody. Strażnicy grodzcy lecieli w kierunku wrzawy, tupiąc
buciarami, a ludzie przerażeni zrywali się ze snu, pewni, że to już
podchodzą Tatarzy. Otwierali okna, darli się na trwogę, szerząc dalsze
zamieszanie. Na wałach czuwały ustawicznie czaty, wiedząc z doświadczenia,
że Tatarzy umieją podchodzić cicho jak wilcy, a od czasu do czasu na rozkaz
komendanta walono w powietrze z armat na Wysokim Zamku, by w razie
zbliżania się ordy dać jej do poznania, że jest dostrzeżona. W mieście nie
wiedziano, czy strzał jest dany tak sobie, czy też do rzeczywistego
nieprzyjaciela; toteż za każdym razem wybuchały lamenty i trwoga.
Niezależnie od tego zamieszania każdy, kto mógł, ściągał do miasta zapasy
paszy dla swojego bydła. Te nagromadzone wszędzie kupy słomy i siana
stanowiły wielkie niebezpieczeństwo pożaru. Toteż władze miejskie ze
zdwojoną surowością przestrzegały rozkładania ognia na wietrze. Wozni
grodzcy, bijący w bębny, odczytywali stare, przeważnie zapomniane przepisy
tyczące pożarów i zachowania się społeczności w razie ognia. Na każdym rogu [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • mexxo.keep.pl