They seem to make lots of good flash cms templates that has animation and sound.

[ Pobierz całość w formacie PDF ]

Z ciemności dobiegł ochrypły chichot, rozbrzmiewający gdzieś w okolicy rufy.
Eunuch zmarszczył brwi.
 To nie było uprzejme  wyszeptał.  Wyrwałeś mnie z miłego zamyślenia. To było
bardzo nieuprzejme.
Chichot ucichł.
 To ty  zabrzmiał zgrzytliwy głos.
 Ja  potwierdził Korbal Broach.
 To niemożliwe.
 Możliwe.
 Musisz umrzeć.
 To prawda. Któregoś dnia.
 Niedługo.
 Nie.
 Zabiję cię. Pożrę twoją głowę. Skosztuję gorzkiej słodyczy tłustych policzków.
Wychłepczę okrągłą kałużę krwi, która się zbierze pod tobą.
 Nie.
 Podejdz bliżej.
 Mogę to zrobić  zgodził się Korbal Broach.
Wyprostował się i ruszył w stronę rufy. Przeszedł pod prostokątem nieco jaśniejszej
ciemności, jakim był nadal niezamknięty luk. W zakutej w stalową rękawicę dłoni ściskał
topór o krótkim trzonku i sierpowatym ostrzu. Ociekająca oleistym płynem broń błyszczała
złowrogo.
 Tym nie zadasz mi bólu.
 To prawda. Ale nie chodzi mi o ból.  Korbal Broach zachichotał.  Porąbię cię na
kawałki. Nie będzie bólu. Tylko kawałki. Potrzebuję twoich fragmentów.
 Zmiały śmiertelniku, zaiste zmierzymy się ze sobą... ale nie w tej chwili.
Korbal Broach zatrzymał się. Poczuł, że demon zniknął. Rozczarowany eunuch wsunął
trzonek topora za pas. Powęszył. Posmakował powietrza. Wsłuchał się w szum i plusk wody
po drugiej stronie kadłuba. Wreszcie podrapał się po tyłku, odwrócił i ruszył w górę.
Nie dotarł na szczyt schodów. Ale przecież nie było to jego zamiarem.
* * *
Gdy spod pokładu Słonecznego Loku dobiegły krzyki, na śródokręciu zapanował chaos.
Emancipor Reese przykucnął w wejściu do kajuty, spoglądając na tłum marynarzy, którzy
wrzeszczeli, wyrywali sobie włosy, gryzli się i drapali, a także miotali się po pokładzie jak
szaleni. Ciała wypadały za burtę. W ładowni rozległy się kolejne krzyki.
 Nie znowu to samo  mruknął.
Tak właśnie świat kręcił się wokół samego siebie niczym włosy łonowe targane
zbłąkanymi powiewami, gdy portki są opuszczone i chłód dotyka wiecznie ukrytych miejsc 
ukrytych jak odwrotna strona księżyca, tak jest  a życie po raz kolejny wymyka się spod
kontroli, gdy makabryczne, niesamowite sceny powtarzają się znowu. Niemalże spodziewał
się, że zaraz usłyszy chrzęst drewna uderzającego o skały i lód, kwik koni tonących pod
pokładem, ujrzy uciekające chwiejnym krokiem postacie o okrwawionych, pełnych
przerażenia twarzach. Usłyszy zawodzenie wichru nadchodzącego z mroku, jakby sama
szalona noc gnała ku nim w ataku morderczego szału.
Powtarzał sobie jednak, że wszystko to wydarzyło się dawno temu. Na innym statku, w
innym życiu.
Jeśli zaś chodzi o to życie, no cóż...
Emancipor Reese zacisnął mocniej dłonie na przesadnie wielkim mieczu Bauchelaina,
wyprostował się i wszedł na pokład. Uniósł oręż wysoko nad głowę i ryknął:
 Marynarze, słuchajcie! Słuchajcie! Słuchajcie rozkazów, do cholery!
Stentorowe ryki zawsze wydawane przez oficerów i innych ludzi kierujących pracą na
statkach mogły, jeśli los tak zrządzi, dotrzeć do maleńkich jak orzeszki ośrodków inteligencji,
jakie można było znalezć w mózgach większości marynarzy, mogły, jeśli Pani pobłogosławi,
a Mael wstrzyma oddech, zmusić tych głąbów do posłuszeństwa, przywrócić ład i rozsądek...
 To Mancy Niefartowny! To wszystko przez niego! Aapać go!
 O cholera.
* * *
Zrozpaczony utratą uszu Podmuch Piasta wystawił z luku krwawiącą głowę i wybałuszył
oczy na widok szalonego ataku tłumu na lokaja trafnie zwanego Niefartownym. Nieszczęśnik
trzymał w rękach ogromny miecz i wymachiwał nim groznie, próbując powstrzymać
rozwścieczonych marynarzy. Jeden z nich uderzeniem pachołka wytrącił mu jednak oręż z
rąk. Podmuch gapił się na miecz, który zawirował w powietrzu... lecąc prosto na niego.
Wrzasnął przerazliwie i odskoczył do tyłu. Między oczyma eksplodował ból. Twarz
zalała mu krew. Uniósł do niej ręce i zamiast nosa znalazł tylko dwie tryskające pianą dziurki.
Zwalił się na bok i odtoczył od luku. Mózg zalał mu okropny smród żelaza, zagłuszając nawet
ból. W połączeniu z nieprzerwanym strumieniem wody, który wypływał teraz z jego na wpół
oślepionych oczu, oraz jakimś cichym poskrzypywaniem dobiegającym skądinąd było tego za
wiele dla jego przeciążonych zmysłów. Pochłonęła go błogosławiona ciemność, zalała czarna
fala spokoju.
Na chwilę.
Pojawił się Heck Urse, taszczący Cętkowaną Ptaszynę. Rozejrzał się i zobaczył, że
Podmuch leży nieruchomo z głową w kałuży krwi. Zapłonął w nim gniew. Położył kobietę na
deskach i wydobył krótki miecz. Przed chwilą nawet nie pamiętał, że go miał.
Około dwudziestu marynarzy tłoczyło się wokół czegoś, co znajdowało się u podstawy
grotmasztu. Mieli linę. Nagle podnieśli nogami do góry jakieś bezwładne ciało, opierając je o
maszt. Ręce nieszczęśnika zwisały luzno. To był Mancy Niefartowny, pobity do
nieprzytomności albo i gorzej. Przywiązany za kostkę lokaj wznosił się w nagłych
szarpnięciach ku niebu.
 Co wy wyprawiacie, do Kaptura?!  ryknął Heck, zmierzając w stronę tłumu.
Kobieta imieniem Mipple odwróciła gwałtownie głowę, obnażając zepsute zęby. Jej
włosy wyglądały jak dawno porzucone gniazdo sępów.
 Niefartowny! Chciał zabić nas wszystkich! Złożymy go w ofierze Maelowi!
 Na szczycie grotmasztu? Opuśćcie go na pokład, durnie!
 Nie!  zawołał inny marynarz, który trzymał w ręce pachołek i kroczył dumnie, jakby to
on stał na czele tłumu.
Heck łypnął nań ze złością, próbując sobie przypomnieć jego imię.
 Wister, tak?
 Jesteś szczurem lądowym, Heck Urse. Nie próbuj nam wmówić, że jest inaczej. Tylko
spójrz na siebie. Jesteś cholernym żołnierzem, dezerterem!
 Mancy nie ma nic...
 Uciął nos twojemu kumplowi! [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • mexxo.keep.pl