They seem to make lots of good flash cms templates that has animation and sound.

[ Pobierz całość w formacie PDF ]

W górze widać było rozgwieżdżone niebo. Blask księżyca wpływający do korytarza w pełni
wystarczył obdarzonemu kocim wzrokiem Cymeryjczykowi. Nie dotarł jeszcze do zakrętu, gdy
usłyszał za sobą szelest kroków. Ledwie ukrył się za rozłupanym głazem, który odpadł od ściany,
kiedy w korytarzu pojawił się strażnik. Szedł powoli jak człowiek wypełniający nudny obowiązek,
wyraznie przeświadczony o swoim własnym bezpieczeństwie. Był to niski, krępy Khitajczyk z twarzą
koloru miedzi. Szedł wolno, ociężałym krokiem człowieka przyzwyczajonego do jazdy konnej,
ciągnąc za sobą włócznię.
Minął kryjówkę Conana i nagle wiedziony jakimś instynktem, odwrócił się i obnażając zęby w
dzikim grymasie, uniósł do góry dłoń uzbrojoną we włócznię.
Odwracał się jeszcze, gdy Conan jednym susem zjawił się obok niego, gwałtownym zrywem
swoich gibkich, przypominających stalowe sprężyny, mięśni. Kiedy włócznia uniosła się do ciosu,
potężny sejmitar śmignął w dół. Khitajczyk upadł jak ścięte drzewo z czaszką rozpłataną niczym
dojrzały melon. Conan znieruchomiał, spoglądając w stronę przejścia. Kiedy upewnił się, że w
korytarzu nie ma więcej strażników, zagwizdał cicho i po chwili w przejściu pojawił się Tubal.
Chrząknął na widok leżącego na ziemi trupa.
Conan pochylił się i uniósł górną wargę Khitajczyka, odsłaniając rząd zaostrzonych ostrych
zębów.
 Jeszcze jeden syn Erlika, %7łółtego Boga Zmierci. Nie sposób powiedzieć, ilu jeszcze z nich
zamieszkuje w tym wąwozie. Zaciągnijmy go za te skały.
Za zakrętem, długi, głęboki korytarz aż do następnego skrętu był pusty. Kiedy go pokonali, Conan
ostatecznie upewnił się, że Khitajczyk był jedynym strażnikiem w przesmyku.
Kiedy w końcu wyszli na otwartą przestrzeń, był już świt. Wąwóz zmienił się tu w chaotyczną
mozaikę potrzaskanych skał. Pojedynczy parów dzielił się na tuzin wąskich przesmyków wijących się
między głazami i odłamkami skalnymi jak rzeka, która w delcie rozdziela swe koryto na szereg
oddzielnych strumieni. Pokrzywione wieżyczki i blanki czarnych kamieni pięły się w górę niczym
posępne duchy w bladym świetle budzącego się dnia.
Krocząc pośród tych upiornych wartowników, dwaj awanturnicy wyszli wkrótce na odkrytą
przestrzeń, usianą odłamkami skał. Od podnóża skalnej ściany dzieliło ich trzysta kroków. Szlak,
którym podążali, wyżłobiony setkami stóp w zwietrzałym kamieniu, przecinał równinę i przechodził
w krętą ścieżkę prowadzącą w górę urwiska po wykutych w skale podestach. Nie sposób było
określić, co znajdowało się na szczycie urwiska. Po prawej i lewej stronie widać było tylko
masywny mur, flankowany zrujnowanymi wieżyczkami.
 Co teraz, Conanie?
W blasku wschodzącego słońca Shemita przypominał górskiego trolla, zaskoczonego przez świt
poza swoją jaskinią.
 Chyba jesteśmy już blisko& posłuchaj!
Ponad skałami przetoczyło się echo, które słyszeli poprzedniej nocy  przejmujący ryk wielkiej
trąby.
 Zobaczyli nas?  spytał Tubal, obracając w palcach nóż.
Conan wzruszył ramionami.
 Przekonamy się. I tak trzeba się rozejrzeć, nim spróbujemy się wspiąć na urwisko. Tutaj!
Wskazał na zwietrzałą, stoma skałę, wznoszącą się niczym wieża pośród mniejszych od niej
kamieni. Dwaj towarzysze wspięli się zwinnie, trzymając się po niewidocznej z urwiska stronie.
Szczyt znajdował się wyżej niż krawędz przeciwległej skały. Potem ułożyli się za załomem skały i
szeroko otwartymi oczyma zaczęli chłonąć widok, który im się pojawił w różowej mgiełce
wstającego świtu.
 Na Pteora!  zaklął Tubal.
Z ich korzystnej dla obserwacji pozycji przeciwległe urwisko ukazywało swą prawdziwą naturę:
był to jeden z boków gigantycznego, skalistego płaskowyżu, który wznosił się na wysokość stu
pięćdziesięciu czy dwustu metrów ponad powierzchnię gruntu. Jego pionowe ściany wydawały się
nietknięte i dziewicze, jakby nie wycięto w nich żadnego szlaku, ciągnącego się aż na szczyt. Od
wschodu, północy i zachodu otaczały go odłupane bryły głazów, oddzielone od płaskowyżu szczeliną
wąwozu, której szerokość wahała się od trzystu kroków aż do prawie pół mili. Od południa
płaskowyż graniczył z gigantyczną, nagą górą, której posępne turnie dominowały nad sąsiednimi
szczytami.
Jednak obserwatorzy zwracali minimalną uwagę na szczegóły topograficzne miejsca, w którym
się znajdowali. Conan spodziewał się, że u kresu swej wędrówki śladem krwi natrafią na jakieś
ślady ludzkiej obecności. Mogły to być namioty, pełniące rolę stajni dla koni, jaskinie albo może
nawet niewielka wioska z błota i kamienia, wzniesiona na stoku góry. Tymczasem ich oczom ukazało
się miasto, którego kopuły i wieże błyszczały w promieniach wschodzącego słońca niczym bajeczne
miasto czarnoksiężników, przeniesione za sprawą magii z jakiejś baśniowej krainy i pozostawione tu,
w samym sercu tego dzikiego pustkowia.
 Miasto demonów!  krzyknął Tubal.  Czary i magia! Pstryknął palcami z obawy przed
urokami. Płaskowyż był owalny, z północy na południe mierzył około dwóch kilometrów, a ze
wschodu na zachód nie więcej niż kilometr. Miasto wznosiło się na jego południowym krańcu, a z
tyłu, za nim piętrzyła się czarna góra. W blasku wschodzącego słońca błyszczała złota kopuła jakiejś
olbrzymiej budowli. Dominowała ona nad kamiennymi domami o płaskich dachach i niezbyt
wysokimi drzewami.
Cymeryjska krew, płynąca w żyłach Conana, zawrzała. Błękitne oczy lustrowały okolicę,
odnotowując uderzający kontrast pomiędzy mroczną czernią skał a kolorystyką miejskich budowli. [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • mexxo.keep.pl