They seem to make lots of good flash cms templates that has animation and sound.

[ Pobierz całość w formacie PDF ]

dni. Szłam uśmiechnięta, na trzęsących się nogach.
Renata odjechała od krawężnika, potem zwolniła, zatrzymała się i opuściła
okno.
 Imię?  zapytała.
 Victoria  odpowiedziałam, podnosząc głowę i kryjąc uśmiech. 
Victoria Jones.
Skinęła głową i pojechała.
W następną sobotę przyszłam pod Bloom kilka minut po północy. Spałam
w moim ogrodzie na siedząco, opierając się plecami o sekwoję, żeby nie
zasnąć zbyt mocno, i obudził mnie głośny śmiech. Tym razem była to banda
młodych, pijanych mężczyzn. Jeden z nich, wyrośnięty długowłosy chłopak,
uśmiechnął się do mnie, jakbyśmy byli umówieni. Unikając jego wzroku,
ruszyłam szybko do najbliższej latarni i poszłam w stronę kwiaciarni.
Czekając na Renatę, posmarowałam się dezodorantem i nałożyłam na
włosy żel, a potem pilnowałam się, żeby nie zasnąć. Zanim zobaczyłam
zbliżający się samochód Renaty, dwa razy obejrzałam się w lusterkach
zaparkowanych na ulicy aut i trzy razy poprawiłam ubranie. Pomimo tych
wszystkich zabiegów doskonale wiedziałam, że zaczynam wyglądać i
śmierdzieć jak bezdomna.
Podjechała Renata, otworzyła drzwi od strony pasażera i skinęła, żebym
wsiadła. Usiadłam jak najdalej od niej i kiedy zamykałam drzwi, uderzyłam
się w wystającą kość biodrową.
 Dzień dobry  powiedziała Renata.  Jesteś na czas.  Zawróciła i
pojechała opustoszałą ulicą, tą samą drogą, którą przed chwilą przyjechała. 
Za wcześnie, żeby powiedzieć mi dzień dobry?  zapytała.
Przytaknęłam, pocierając oczy i udając, że dopiero co się obudziłam. W
ciszy jechałyśmy przez rondo. Renata ominęła właściwy zjazd i okrążyła je
ponownie.
 Dla mnie chyba też jest odrobinę za wcześnie.
Jechała wieloma jednokierunkowymi uliczkami, aż w końcu zatrzymała się
na zatłoczonym parkingu.
 Trzymaj się mnie  rzuciła, wysiadając z samochodu, i podała mi
piramidę pustych wiader. 
Będzie bardzo tłoczno, a ja nie mam czasu cię szukać. Mam dziś ślub o
drugiej i muszę dostarczyć kwiaty na dziesiątą. Na szczęście to tylko
słoneczniki. Aranżacje nie zajmą dużo czasu.
 Słoneczniki?  zapytałam zdziwiona. Fałszywe bogactwo. Z
pewnością nie wybrałabym ich na mój ślub, pomyślałam i wzdrygnęłam się,
uświadomiwszy sobie absurdalność słów  mój ślub .
 Poza sezonem. Wiem. Na rynku kwiatowym możesz kupić, co chcesz,
kiedy chcesz, i jeśli pary młode dobrze płacą, to spełniam ich wymagania.
Torowała sobie drogę przez zatłoczone wejście. Szłam blisko niej, kuląc
się, gdy dotykały mnie ob-ce łokcie, ramiona i wiadra.
Hala targu kwiatowego przypominała jaskinię, była niska i pozbawiona
okien, z metalowym sufi-tem i betonową podłogą. Nienaturalny widok morza
kwiatów pozbawionych ziemi i światła powodował, że zrobiło mi się słabo.
Stoiska uginały się pod sezonowymi kwiatami, które wyglądały dokładnie jak
w mo-im ogrodzie, tyle że były ścięte i powiązane w pęczki. Obok
wystawione były kwiaty tropikalne, storczyki i hibiskusy, i egzotyczne rośliny,
których nazw nie znałam, pochodzące z oddalonych o setki kilometrów
szklarni. W biegu oberwałam męczennicę i wsadziłam za pasek.
Renata przebierała w słonecznikach jak w kartach książki. Targowała się,
odchodziła i wracała. Zastanawiałam się, czy zawsze mieszkała w Ameryce,
czy też pochodziła z kraju, gdzie targowanie się stanowiło stały element
zakupów. Mówiła z akcentem, którego nie potrafiłam umiejscowić. Inni ludzie
pod-chodzili, wręczali sprzedawcy plik pieniędzy albo kartę kredytową i
odchodzili z wiadrami kwiatów. A Renata wciąż się wykłócała. Sprzedawcy
najwyrazniej byli do niej przyzwyczajeni, bo nie wdawali się w długie
negocjacje. Jakby wiedzieli, że w końcu i tak wygra i postawi na swoim.
Włożyła pęki półmetro-wych pomarańczowych słoneczników do jednego z
moich wiader i pobiegła do następnego stoiska.
Gdy do niej doszłam, trzymała w ręku tuzin ociekających wodą kallijek o
ściśle zrolowanych różowych i pomarańczowych kwiatostanach. Woda z łodyg
przemoczyła cienkie rękawy jej bawełnianej bluzki i gdy podeszłam bliżej,
Renata rzuciła kwiaty w moim kierunku. Zaledwie połowa wylądowała w
wiadrze, więc schyliłam się, żeby pozbierać resztę.
 To jej pierwszy dzień  powiedziała Renata do sprzedawcy. 
Jeszcze nie rozumie znaczenia czasu. Twoje lilie zapewne znikną w ciągu
piętnastu minut.
Włożyłam do wiadra ostatni kwiat i podniosłam się. Sprzedawca oferował
kilkanaście gatunków lilii: lilie tygrysie, lilie stargazer, lilie królewskie, białe
Casablanki. Strzepnęłam odrobinkę pyłku z płatka stargazer, przysłuchując się
negocjacjom Renaty. Rzucała sumami o wiele niższymi, niż zapłacili
otaczający nas klienci, mówiła szybko, nie czekając na odpowiedz, i zamilkła
raptownie, gdy sprzedawca zaakceptował jej propozycję. Podniosłam głowę.
Renata otworzyła portmonetkę, wyciągnęła z niej cienki plik banknotów,
żeby podać go sprzedawcy, ale on po niego nie sięgnął. Patrzył na mnie. Jego
wzrok przesuwał się od czubka moich sztywnych włosów w dół po twarzy i
obojczykach, ogrzewał ramiona, aż zatrzymał się na brązowym pyłku
kwiatowym na koniuszkach moich palców. Jego spojrzenie było jak napaść. [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • mexxo.keep.pl