They seem to make lots of good flash cms templates that has animation and sound.

[ Pobierz całość w formacie PDF ]

żeby przypadkiem nie uszkodzić delikatnej optyki.
Zszedłem więc do baru, zabrałem z kasy wszystkie monety
o odpowiednim nominale i okutałem się przy okazji kilkoma
grubymi obrusami zerwanymi z pobliskich stołów. Razem z
suknem, na którym były kładzione, stanowiły doskonałą
izolację. Z jednego skręciłem też całkiem zmyślny turban.
Najpierw uruchomiłem lunetę skierowaną na północ, w
kierunku delty rzek. Informacje o tym, że widać ją tylko
przy bardzo dobrej pogodzie, były mocno przesadzone.
Prawdę mówiąc, nie potrzebowałem wcale powiększenia,
żeby dostrzec to miejsce. Missouri skróciła sobie bowiem
drogę i nie omijała już północnych dzielnic dużym łukiem,
jak kiedyś, tylko parła szerokim strumieniem przez sam
środek miasta. Nowe koryto zaczynało się za Maryland
Hills i biegło równolegle do siedemdziesiątki przez St. Ann,
Cool Valley, Pine Lawn, aby wpaść do Missisipi,
pochłaniając po drodze centrum St. Louis i dzielnicę
biurowców. Widziałem wyraznie, jak spieniony nurt
przedziera się między domami w tamtej okolicy. Większość
drewnianej zabudowy zniknęła w odmętach bądz została
porwana z biegiem rzeki, ale betonowe centra handlowe i
biurowce wciąż opierały się skutecznie niszczycielskiej sile
żywiołu. Przeniosłem wzrok na bliższe dzielnice. University
City i Clayton zostały częściowo zalane. Woda z dala od
głównego nurtu stała w miejscu, sięgając wysokości
pierwszego piętra. Widziałem dachy zatopionych domów
wystające w regularnych odstępach z szarej, falującej
leniwie cieczy. Granice zalanego terenu kończyły się nie
dalej niż milę od hotelu. Sprawdziłem też dzielnice na
północnym wschodzie, ale tam nie było wcale ciekawiej. Ze
stanowiska w kącie przyjrzałem się nurtowi Missisipi.
Królowa była wściekła.
Co ja mówię, wkurwiona!
Koryto rzeki poszerzyło się niemal czterokrotnie w
stosunku do tego, co spodziewałem się zobaczyć. Woda
niosła dziesiątki pni i samochodów, fragmenty
domów także nie należały do rzadkości. Jedne zanurzały
się, raptownie wciągane przez wiry, inne wyskakiwały,
mierząc prosto w niebo, i znikały równie nagle, jak się
pojawiły, otaczane koronami rozprysków. Spieniony nurt
wyglądał jak wnętrze wrzącego kotła. Nie pierwszy raz
przychodziło mi na myśl to skojarzenie. Przez kilka
pierwszych miesięcy szkolenia w armii miałem przydział do
kuchni polowej i napatrzyłem się na podobne widoki. Choć
w znacznie mniejszej skali. To wrzenie niosło jednak ze
sobą zupełnie inne przesłanie.
Wszystko wskazywało na to, że mój pobyt w  The
Tower" się przedłuży.
I że nie zaznam w tym czasie uczucia sytości.
Remanent był krótki. Rozłożyłem na stole fiolki z tabletkami
odżywczymi, woreczki suszonego mięsa, tabletki do
odkażania wody i saszetki z lekarstwami. Witaminek
powinno wystarczyć do wiosny, nawet do kwietnia, jeśli
zacznę je racjonalniej zażywać. Mięsa za to miałem mało,
tylko dwadzieścia cztery paczuszki, w tym trzy napoczęte.
Do tego osiemnaście puszek orzeszków. Zatem żywności
wystarczy mi na jakieś sześć tygodni. Potem będę
zmuszony przejść wyłącznie na tabletki, co mi się
bynajmniej nie uśmiechało.
Z trudem, bo z trudem, ale dotarła do mnie prawda, że
zapasy są zbyt skromne, aby bezpiecznie przeczekać tę
zimę. Lada dzień spodziewałem się pierwszych mrozów i
śniegu. Cud chyba sprawił, że nie brnąłem przez zaspy już
od granicy stanu. A cuda nie trwają wiecznie i kiedyś
nadejdzie dzień, w którym lód skuje wodę w rozlewiskach.
Główny nurt pewnie nie zamarznie, choć to umożliwiłoby
mi przeprawę... %7łeby taka masa rwącej wody pokryła się
grubą skorupą lodu, musiałoby niezle mrozić.
A mróz był dla mnie równie niebezpieczny jak powódz i
głód.
Może nawet bardziej...
Już teraz, gdy temperatury spadały nocą do pięciu,
siedmiu stopni Celsjusza, miałem spore problemy z
utrzymaniem ciepła. Siedziałem opatulony kocami, spałem
pod dwiema kołdrami, spaliłem niemal wszystkie meble ze
swojego piętra. Wniosek nasuwał się sam. Jeśli mam
przeżyć, muszę się dobrze przygotować na nadejście
prawdziwej zimy. Powinienem się też zastanowić, czy
warto zostawać w tym hotelu.
Przemawiało za nim kilka argumentów. Po pierwsze:
lokalizacja. Umiejscowienie na jednym z najwyższych
wzniesień w mieście gwarantowało bezpieczeństwo w
razie dalszego rozszerzania się rozlewiska. Brałem to pod
rozwagę, choć woda w ciągu ostatniej doby nie podniosła
się nawet o cal. Sprawdziłem to co najmniej pięć razy. W
różnych miejscach. Obawiałem się jednak, że to tylko
moment ciszy przed prawdziwą burzą i jeśli pogoda na
północy nadal będzie się pogarszała, prawdziwy kataklizm
nawiedzi to miasto lada dzień. Po drugie: konstrukcja.
Wieża była bardzo solidna i powinna wytrzymać nie tylko
burze, ale nawet tornado, które jednak o tej porze roku
było mało prawdopodobne. Po trzecie: na dwudziestu
pięciu piętrach w dwustu czterdziestu pokojach i
apartamentach powinienem znalezć wystarczającą ilość
opału. Gorzej było z jedzeniem, ale wybierając inny adres,
miałbym taki sam problem. Kilka wypraw do pobliskich
marketów powinno załatwić tę sprawę definitywnie. Musiały
też być jakieś argumenty przeciw zimowaniu w wieży.
Jeśli nawet były, nie potrafiłem ich sobie przypomnieć.
Klamka zapadła.
Przetrząsnąłem wszystkie dzielnice, które na razie ominęła [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • mexxo.keep.pl