They seem to make lots of good flash cms templates that has animation and sound.

[ Pobierz całość w formacie PDF ]

była niezwykła, nigdy wcześniej nie widziałem świeczki z czarnego wosku, ale i tak
chwyciłem ją i pozwoliłem uszom poprowadzić się do właściwego pomieszczenia.
Ostrożnie otworzyłem drzwi. W pokoju nie było mebli. Na podłodze, na stosie słomy i szmat,
leżało dziecko.
- Jak się nazywasz? - spytałem próbując się uśmiechnąć. Oparłem kij o ścianę i
podszedłem bliżej.
Chłopczyk przestał płakać i podniósł się z ziemi, patrząc na mnie wielkimi oczami.
- Nie bój się, nie ma się czego bać - starałem się dodać mu otuchy. - Zabiorę cię do
domu, do mamy.
Postawiłem świecę na podłodze i podniosłem dziecko. Cuchnęło podobnie jak sam pokój, w
dotyku było zimne i mokre. Objąłem je prawym ramieniem i opatuliłem płaszczem.
Nagle chłopczyk odezwał się.
- Jestem Tommy - rzekł. - Tommy.
- Cóż, Tommy - odparłem - nosimy to samo imię. Ja też nazywam się Tommy. I teraz
jesteś już bezpieczny. Wracasz do domu.
Zabrałem kij i pomaszerowałem korytarzem do wciąż otwartych drzwi. Alice stała na
podwórku obok bramy. Lampa zgasła, lecz księżyc wciąż świecił i gdy
168
169
Wkrótce jednak znalazłem pilniejsze powody do zmartwienia. Miałem wrażenie, że ktoś idzie
za mną. Kiedy poczułem to po raz pierwszy, zatrzymałem się, nasłuchując, lecz moje uszy
wychwyciły jedynie zawodzenie wiatru, szum deszczu pośród liści i bębnienie kropel o
ziemię. Niewiele też widziałem, bo zrobiło się bardzo ciemno.
Szedłem zatem dalej, stawiając jeszcze dłuższe kroki z nadzieją, że podążam we właściwym
kierunku. W pewnej chwili natknąłem się na gęsty i wysoki głogowy żywopłot i musiałem
nadłożyć sporo drogi, by znalezć bramę. Cały czas czułem, że niebezpieczeństwo zbliża się
coraz bardziej. Dopiero przechodząc przez niewielki lasek zyskałem pewność, że ktoś tam
jest. Podczas wspinaczki zatrzymałem się niedaleko szczytu wzgórza, by chwilę odetchnąć.
Deszcz na moment złagodniał i gdy się obejrzałem, próbując przeniknąć wzrokiem ciemność,
usłyszałem między drzewami trzask gałązki. Ktoś maszerował bardzo szybko przez las w
moją stronę, nie przejmując się, gdzie stawia stopy.
Na szczycie wzgórza znów się obejrzałem. Pierwsza błyskawica rozświetliła niebo i ziemię w
dole, i ujrzałem dwie postaci, wyłaniające się spomiędzy drzew
171
i rozpoczynające wspinaczkę. Jedną była kobieta, dru. ga miała kształty mężczyzny, rosłego i
barczystego. Po kolejnym grzmocie Tommy się rozpłakał.
- Nie lubię, jak grzmi - zawodził. - Nie lubię.
- Burza nic ci nie zrobi, Tommy - zapewniłem wiedząc, że to nieprawda. Ja też bałem
się piorunów. Jeden z moich wujów został rażony gromem, gdy próbował zagnać bydło z
pastwiska. Niedługo potem umarł. Niebezpiecznie było przebywać na dworze w taką pogodę.
Lecz choć burza mnie przerażała, miała też swoje zalety. Błyskawice oświetlały drogę, każdy
rozbłysk pokazywał, w którą stronę iść, by trafić do domu stracharza.
Wkrótce i z mojego gardła zaczęło dobywać się szlochanie. Z trudem wciągałem powietrze,
przerażony i wyczerpany, zmuszając się do coraz szybszego marszu, gnany nadzieją, że kiedy
znajdziemy się w ogrodzie stracharza, będziemy bezpieczni. Nikomu nie wolno było
przekraczać granicy majątku stracharza bez zaproszenia - powtarzałem to sobie raz po raz, bo
była to nasza jedyna szansa. Jeśli zdążymy dotrzeć na miejsce pierwsi, bogiń nas obroni.
Widziałem już drzewa, ławeczkę pod nimi i czekający dalej ogród, gdy pośliznąłem się na
mokrej trawie. Nie upadłem zbyt ciężko, ale Tommy zapłakał jeszcze głośniej. Kiedy
zdołałem go podnieść, usłyszałem za sobą tupot biegnących stóp, uderzających głośno o
ziemię.
Obejrzałem się, z trudem chwytając oddech. To był błąd. Mój prześladowca wyprzedził
Lizzie o kilka kroków i doganiał mnie szybko. W świetle kolejnej błyskawicy ujrzałem dolną
część jego twarzy. Wyglądała, jakby z kącików ust wyrastały mu rogi, a gdy biegł, poruszał
głową z boku na bok. Przypomniałem sobie to, co czytałem w bibliotece stracharza, o
znalezionych trupach kobiet ze zmiażdżonymi żebrami. Jeśli Kieł mnie dogoni, czeka mnie to
samo.
Przez chwilę trwałem w miejscu jak sparaliżowany, kiedy jednak ryknął jak rozjuszony byk,
odzyskałem władzę w nogach. Prawie już biegłem. Gdybym mógł, puściłbym się pędem, ale
niosłem Tommy'ego i byłem zbyt zmęczony, ciążyły mi nogi, poruszające się niezdarnie,
oddech świszczał w gardle. W każdej chwili spodziewałem się, że Kieł mnie złapie, ale
zdołałem minąć ławkę, na której stracharz często udzielał mi lekcji i w końcu znalazłem się
pod pierwszymi drzewami ogrodu.
Ale czy byłem bezpieczny? Jeśli nie, nic nie zdołało-
173
by nas uratować, bo w żaden sposób nie dotarłby^ pierwszy do domu. Przestałem biec,
pokonałem jes2. cze parę kroków, a potem zatrzymałem się, próbując złapać dech.
W tym momencie coś otarło mi się o nogi. Spojrzałem w dół, było jednak zbyt ciemno, by
cokolwiek dostrzec. Najpierw poczułem nacisk, potem usłyszałem mruczenie, głęboki,
wibrujący dzwięk, od którego zadrżała ziemia pod moimi stopami. Wyczułem, że to coś
przesuwa się dalej, w stronę najdalszych drzew i ustawia się między nami i tymi, którzy nas
ścigali. Nie słyszałem odgłosów pościgu, ale usłyszałem coś innego.
Wyobrazcie sobie wściekły wrzask kocura wzmocniony stukrotnie, coś pomiędzy
przeszywającym warkotem i krzykiem, dzwięczące w powietrzu i rzucające wyzwanie,
dzwięk słyszany na całe mile. Nigdy w życiu nie słyszałem niczego grozniejszego i
zrozumiałem, czemu wieśniacy jak ognia unikali domu stracharza. W tym krzyku dzwięczała
śmierć.
Przekrocz tę granicę - mówił - a wydrę ci serce z piersi. Przekrocz tę granicę, a zetrę ci kości
na miazgę i pył. Przekrocz tę granicę, a pożałujesz, ze w ogolę się urodziłeś.
Teraz więc byliśmy bezpieczni. Do tej pory Koścista jazzie i Kieł z pewnością uciekali już w
dół zbocza, j^ikt nie był dość głupi, by zadrzeć z boginem stracharza. Nic dziwnego, że
potrzebowali mnie, by nakarmić Mateczkę Malkin plackami z krwią.
***
W kuchni czekała na nas gorąca zupa i ogień na palenisku. Opatuliłem Tommy'ego w ciepły
koc i nakarmiłem zupą. Pózniej przyniosłem mu parę poduszek i przygotowałem posłanie
obok kominka. Spał jak kamień, a ja słuchałem wiatru zawodzącego na dworze i deszczu
bębniącego o szyby.
Noc ciągnęła się i ciągnęła, było mi jednak ciepło i wygodnie. Dobrze się czułem w domu
stracharza, jednym z najbezpieczniejszych miejsc na całym szerokim świecie. Wiedziałem
teraz, że nic nieproszonego nie może wkroczyć do ogrodu, nie mówiąc już o przekroczeniu
progu. Dom był bezpieczniejszy niż zamek o wysokich blankach i szerokiej fosie. [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • mexxo.keep.pl