They seem to make lots of good flash cms templates that has animation and sound.

[ Pobierz całość w formacie PDF ]

chował się nieprawidłowo. Jeśli to on załatwił tatę, nie miał prawa do tronu. Jeśli
nie, to jego działanie było przedwczesne.
Tak czy inaczej, koronacja posłużyła jedynie dla podniesienia jego  i tak już
wygórowanego  mniemania o sobie. Co do mnie, to chciałem tronu i wiedzia-
łem, że potrafię go zdobyć. Powstrzymywała mnie przed tym odpowiedzialność
 w końcu moi żołnierze kwaterowali w Amberze, wkrótce miały spaść na mnie
podejrzenia o zabójstwo Caine a, dowiedziałem się właśnie o pierwszych ozna-
29
kach fantastycznej intrygi, a w dodatku wciąż istniała możliwość, że tato żyje.
Kilkakrotnie miałem wrażenie, że próbuje nawiązać kontakt, a raz nawet, parę lat
temu, że potwierdza moje prawo do sukcesji.
Jednak tyle ostatnio zdarzyło się oszustw i mistyfikacji, że sam nie wiedzia-
łem, w co wierzyć. Nie abdykował. A ja byłem ranny w głowę i aż za dobrze
pojmowałem własne pragnienia. Mózg to zabawne miejsce. Nawet własnym sza-
rym komórkom nie mógłbym zaufać. Czy to możliwe, że właśnie ja to wszystko
zorganizowałem?
Wiele się zdarzyło, odkąd stąd zniknąłem. Oto cena należenia do rodu Amber:
nie można ufać nawet samemu sobie. Zastanawiałem się, co powiedziałby Freud.
Wprawdzie nie potrafił uleczyć mojej amnezji, ale kilka razy znakomicie trafił
zgadując, jaki był mój ojciec i jakie panowały między nami stosunki. Wtedy nie
zdawałem sobie z tego sprawy. Chciałbym jeszcze kiedyś z nim porozmawiać.
Przeszedłem przez marmurową jadalnię, by zagłębić się w mroczny korytarz.
Skinąłem głową strażnikowi i zbliżyłem się do drzwi. Przekroczyłem próg, wsze-
dłem na podest, ruszyłem dalej, w dół. Nieskończoną spiralą schodów, wiodącą
do wnętrza Kolviru. Schodziłem. Tu i tam płonęły światła. Dalej była ciemność.
Gdzieś po drodze wydało mi się, że równowaga uległa zmianie i teraz nie dzia-
łałem już, a byłem zmuszany do działania. Popędzany. I każdy ruch nieuchronnie
prowadził do następnego. Kiedy to się zaczęło? Może trwało od wielu lat i dopiero
teraz zdałem sobie z tego sprawę. Może wszyscy byliśmy ofiarami, choć nieświa-
domymi sposobu i stopnia uzależnienia. Znakomita pożywka dla ponurych myśli.
Gdzie teraz jesteś, Sigmundzie? Chciałem kiedyś  i chcę nadal  być królem.
Bardziej niż czegokolwiek innego. Im więcej jednak wiedziałem, im więcej my-
ślałem o tym, czego się dowiedziałem, tym bardziej wszystkie moje posunięcia
przypominały szachowe otwarcie królewskim pionem.
Pojąłem, że to uczucie towarzyszy mi od pewnego czasu, coraz silniejsze, i że
wcale mi się ono nie podoba. Ale przecież, pocieszyłem sam siebie, żadna istota
żyjąca nie potrafi się ustrzec od błędów. Jeśli wrażenia odpowiadały rzeczywisto-
ści, to z każdym dzwiękiem dzwonka mój osobisty Pawłow coraz bardziej zbliżał
się do mych kłów. Czułem, że już niedługo nadejdzie pora i znajdzie się bardzo
blisko. I wtedy dopilnuję, by już nie odszedł i by nigdy nie powrócił.
Obrót, obrót, dookoła i w dół, światło tu, światło tam, moje myśli jak nici
na szpulce, zwijające się lub rozwijające, trudno powiedzieć. Pode mną zgrzyt
metalu o kamień  pochwa miecza wstającego wartownika. Zmarszczka blasku
z uniesionej latarni.
 Książę Corwin. . .
 To ja, Jamie.
Na samym dole zdjąłem z półki latarnię, zapaliłem ją, odwróciłem się i ru-
szyłem w stronę tunelu, krok po kroku spychając ciemność z mej drogi. Wresz-
cie tunel. Więc dalej, w głąb, licząc boczne korytarze. Szukałem siódmego. Echa
30
i cienie. Pleśń i kurz.
Wreszcie jest. Zakręt. Już niedaleko.
W końcu wielkie, ciemne, okute żelazem drzwi. Otworzyłem je i pchnąłem
mocno. Zgrzytnęły, stawiły opór, wreszcie odsunęły się do wnętrza.
Postawiłem latarnię wewnątrz, po prawej stronie. Nie była mi już potrzebna.
Wzorzec dawał dość światła dla tego, po co tu przybyłem.
Przez chwilę obserwowałem Wzorzec  lśniącą plątaninę krzywych linii
w gładkiej czerni podłogi, kpiących z oczu, co próbowałyby wyśledzić ich bieg.
Dawał władzę nad Cieniem, pozwolił mi odzyskać większość wspomnień. I znisz-
czyłby mnie natychmiast, gdybym spróbował niewłaściwej drogi. Dlatego lęk
przyćmiewał nieco wspaniałe perspektywy, jakie ten widok przede mną rozta-
czał. Wzorzec był pradawnym i tajemniczym dziedzictwem rodziny, a należne
mu miejsce znajdowało się właśnie tutaj, w podziemiach.
Przeszedłem do rogu, gdzie rozpoczynał się labirynt. Tam uspokoiłem umysł,
rozluzniłem mięśnie i postawiłem lewą stopę na Wzorcu. Nie zatrzymując się
ani na chwilę, ruszyłem naprzód czując, jak prąd przepływa przez moje ciało.
Błękitne iskry trysnęły wokół butów.
Kolejny krok. Tym razem rozległ się wyrazny trzask i poczułem opór. Zato-
czyłem pętlę, zmuszając się do pośpiechu, pragnąc możliwie szybko dotrzeć do
Pierwszej Zasłony. Gdy ją osiągnąłem, poczułem mrowienie we włosach, a iskry
stały się dłuższe i bardziej jaskrawe.
Opór narastał. Każdy krok wymagał większego wysiłku niż poprzedni. Trza- [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • mexxo.keep.pl